Makijaż ślubny

Aby dobrze wyglądać w dzień ślubu, a w każdym razie być zadowoloną z makijażu, należy zacząć myśleć o nim nieco wcześniej. Tak, jasne, panna młoda ma wiele na głowie, jak na przykład takie rozsadzenie rodziny na weselu, żeby nie było zgrzytów, ustalenie listy gości ze sprytnym wyłączeniem wujka Zdzicha, który ma zamiar obściskiwać druhny i tak dalej. Pamiętajcie jednak, że dobry makijaż, to przede wszystkim dobrze przygotowana skóra. Aby więc nie żałować i w dniu ślubu skupić się wyłącznie na mówieniu „Tak”, należy powziąć pewne kroki.

Po pierwsze, około miesiąc wcześniej, przygotowujemy skórę. Oczywiście, o skórę należy dbać zawsze, nie tylko przed ślubem, ale ten miesiąc przed należy wybrać się do SPRAWDZONEGO salonu urody i zafundować sobie zabieg oczyszczający. Często jest tak, że kosmetyczka dwa tygodnie po zabiegu każe nam przyjść powtórnie „na kontrolę”, która tak naprawdę jest doczyszczeniem tego, czego za pierwszym razem nie udało się usunąć. A wtedy zostaną nam już tylko dwa tygodnie do ślubu, czyli dosyć mało. Jeżeli podejrzewacie, że stan waszej skóry może wymagać takiego dwukrotnego oczyszczania, przygotowania należy zacząć wcześniej.

Przed samym ślubem, za żadne skarby świata nie decydujemy się na przetestowanie ŻADNYCH nowości. I nie ma to znaczenia, że tego zabiegu używa z powodzeniem księżna Kate. Ona jest już po ślubie i może sobie eksperymentować. Wy za kilka tygodni macie wielki dzień i nie jest do dobry moment, aby testować, czy jesteście uczulone na coś nowego, albo sprawdzać, czy po zabiegu kwasami wasza skóra bardzo się łuszczy.

Jeżeli powierzycie swój ślubny makijaż profesjonalistom, pamiętajcie, że wizja kosmetyczki, czy też wizażystki, co do tego, co jest piękne, może mocno różnić się od waszej. By uniknąć tarć i łez w ostatniej chwili, najlepiej zdecydować się na makijaż próbny u tej samej osoby, która będzie was malowała na ślub. Dobrze też zastosować małe oszustwo – nie przyznajcie się, że chodzi o WASZ ślub. Przecież druhna też musi ładnie wyglądać, prawda? A makijaż ślubny, podobnie, jak buty ślubne, czy bielizna ślubna, niczym nie różni się od nie-ślubnego. Niczym, poza ceną.

Ok, kosmetyczka wybrana, skóra przygotowana. Co dalej? Około dwa tygodnie przed ślubem robimy hennę brwi i rzęs. Jakieś dwa dni przed ślubem powtarzamy, najlepiej przyciemniając tym razem same brwi; a nuż henna tym razem nas podrażni i pójdziemy do ślubu o oczami czerwonymi, jak u królika? Może niektórzy stwierdzić, że to z miłości i wzruszenia, ale naprawdę nie prezentuje się to najlepiej.

Robiąc makijaż ślubny samodzielnie, najpierw nakładamy krem nawilżający. Ten, co zwykle, bez żadnych szaleństw. Następnie, koniecznie podkład. Pamiętajcie, że wasza twarz nie kończy się na linii szczęki, więc i krem i podkład nakładamy od linii włosów, prawie po cycki. Nie zapominając o uszach, chyba, że idziecie do ślubu w czapce uszatce. Uwaga – zanim nałożycie podkład, może być potrzebny jeszcze korektor i to… zielony. Tak, witajcie na Marsie.

Po co korektor? Cóż, skoro to wasz ślub, możemy przypuszczać, że emocje plus szampan plus generalny stres spowodują, że się zarumienicie. Podobnie, jak w przypadku makijażu wieczorowego, należy więc użyć odrobiny zielonego korektora i rozprowadzić go tam, gdzie się zwykle rumienimy najbardziej, czyli na policzkach. Tym samym zielonkawym kolorem pokrywamy wszelkie wypryski, które w noc przed ślubem na złość nam wyrosły. Nie gnieciemy ich i nie wyciskamy – efekt będzie jeszcze gorszy, a barwy maskujące naprawdę wystarczą.

Kolejną warstwą jest puder, który zapobiegnie rozmazywaniu się podkładu, zwłaszcza, kiedy już cała rodzina i przyjaciele zdążą nas wycałować.

Na puder można nałożyć róż do policzków, pamiętając, że jego kolor zależy nie tylko od naszej cery, ale również od koloru sukni. Jeżeli idziemy do ślubu w białej sukni, to róż powinien mieć ciepły, brzoskwiniowy odcień. W przypadku kolorów écru czy toffi, możemy postawić na róż brązowawy.

Makijaż oczu powinien być jednocześnie wyraźny i delikatny. Możemy uzyskać ten efekt, stosując delikatne, pastelowe kolory cieni do powiek, a na linii rzęs malując wyraźną kreskę, najlepiej za pomocą linera w płynie. Tak, jak pisałam w przypadku makijażu wieczorowego – jeżeli nie macie wprawy w używaniu linera, najlepiej najpierw narysować kreskę konturówką, a następnie pociągnąć ją linerem. Oczywiście, liner i konturówka muszą być w tym samym kolorze.

Tusz do rzęs, z oczywistych przyczyn, powinien być wodoodporny. Nawet jeśli na co dzień jesteście zupełnie nieromantycznymi twardzielkami, mocno stąpającymi po ziemi, w ten jeden dzień możecie zupełnie zmięknąć. A makijaż a’ la szop pracz nie wygląda zbyt wyjściowo, prawda?

Nie zapomnijcie też o makijażu ust. Najlepiej użyć konturówki i dopiero na nią nałożyć szminkę. Nadmiar szminki zbieramy, zaciskając usta na chusteczce higienicznej. Aby szminka trzymała się dłużej, warto użyć małej sztuczki; nałożoną szminkę delikatnie przypudrować, a następnie nałożyć kolejną warstwę szminki. Kolor będzie bardziej intensywny i o wiele trwalszy – powinien znieść wycałowanie połowy rodziny, wliczając wujka Zdzicha. No i… świeżo upieczonego męża.

Dodaj komentarz

avatar